FreshMail.pl

GĘBY. Jerzy Duda-Gracz. Portrety i autoportrety – Natalia Kruszyna

GĘBY.
Jerzy Duda-Gracz.
Portrety i autoportrety.

Natalia Kruszyna

Tekst powstał w związku z wystawą Gęby. Jerzy Duda-Gracz. Portrety i autoportrety*, która odbyła się w Muzeum Historii Katowic w 2007 roku. Przedruk i publikacja zdjęć za zgodą autorki i Muzeum.

Natalia Kruszyna poprowadzi najbliższe spotkanie Klubu dyskusyjnego w Czeladzi: „Sacrum – profanum. Wątki pasyjne i polska wiara w twórczości Jerzego Dudy-Gracza”.


 

Nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę,
a przed człowiekiem schronić się można
jedynie w objęcia innego człowieka.
Przed pupą zaś w ogóle nie ma ucieczki.
Ścigajcie mnie, jeśli chcecie. Uciekam z gębą w rękach.

Witold Gombrowicz, Ferdydurke

 

 

Może zacznę tak:

Jerzy Duda-Gracz urodził się w dniach okrutnych, tworzył w czasach ciekawych, umarł za wcześnie.

Nie, zbyt afektowane, lepiej tak:

Jerzy Duda-Gracz (1941 – 2004) malarz, grafik, rysownik, scenograf, pedagog, ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie Wydział Grafiki w Katowicach w roku 1968…

eee, zbyt banalne, nie chce się tego czytać, może tak:

Był jednym z nielicznych twórców, których sztuka budziła i wciąż budzi gorące emocje. Obok jego obrazów nie da się przejść obojętnie, jednych zachwyca treść i przesłanie, inni oburzają się na literaturę w malarstwie, bywają tacy, którzy zarzucają nadmierną graficzność, epigonizm, brak własnej drogi, czego by jednak nie wymyślić większość docenia wysublimowaną kolorystykę, charakterystyczny dukt pędzla i rozpoznawalny na pierwszy rzut oka styl…

– Jaki styl?! Czymże styl jest? – usłyszałam nagle za plecami przenikliwy, zirytowany głos. I zobaczyłam stojącego mądrze nade mną i wpatrującego się w wystukane właśnie słowa Pana Kuratora z niewielkiej lecz ambitnej galerii w średnim mieście, redaktora opiniotwórczego pisma artystycznego. Zawsze wydawał mi się nieco nierealny w swojej zapalczywej chudości, jakby ogromna wiedza czerpana z literatury przedmiotu wysysała jego ciało, ale teraz, oświetlony błękitnym, migotliwym światłem ekranu był po prostu przerażający.

– Czy znany nam jest przynajmniej styl Kazimierza Malewicza? A czarny kwadrat na białym tle? Czerwony kwadrat na białym tle? A biały na białym? – głos Pana Kuratora przechodził w falset, a mój tymczasem absolutnie odmawiał posłuszeństwa. – A Teoria Widzenia Władysława Strzemińskiego? Już zapomnieliśmy? Cóż powiemy na temat rozwoju świadomości wzrokowej wynikającej z widzenia ejdetycznego i widzenia asocjatywnego? U kogo odnajdujemy otwarte struktury malarskie, które mają walor prefiguracji niewidzialnego?

– Na Boga, tylko nie krytyk! Nie krytykiem! – jęknęłam.

…cisza…

Zniknął. Straszny upał.

O czym to ja mówiłam? Aa, o emocjach.

 

Portret Wiesława Langego, olej, 1976 r., wł. Teatr Śląski Katowice, fot. NK

Portret Wiesława Langego, olej, 1976 r., wł. Teatr Śląski Katowice, fot. NK

 

Nawet ostatnia, już pośmiertna, wielka wystawa pod nazwą Remanenty zaktywizowała publiczność i krytyków do ponownej walki na słowa i oceny. Znowu wrócono do wciąż mocno się trzymających etykietek: wnikliwy satyryk, karykaturzysta, moralista, szyderca, publicysta, malarz prowincji, malarz polityczny. Może tym razem nie pojawił się już antypaństwowy wywrotowiec, ani kolaborant. Ale za to odmawiano obrazom malarskości bo „cienko i niedbale malowane”, lub też orzekano, iż prezentują „zaskakująco ubogą i przewidywalną zarazem warstwę symboliczną”… A Jerzy Duda-Gracz już w roku 1984 konstatował: Wszystkie te rewelacje razem wzięte, ze względu na ilość i temperaturę emocji w nich zawartych, przynoszą zaszczyt profesji, którą uprawiam, chociaż stają się zbędne w porozumieniu między mną a moim adresatem.

Przyprawianie gęby nie sprzyja szczerej rozmowie.

A na gębach to pan profesor się znał.

Portret Agaty Wiosennej, olej, 1994 r. kolekcja rodzinna, fot. NK

Portret Agaty Wiosennej, olej, 1994 r. kolekcja rodzinna, fot. NK

Przede wszystkim dlatego, że zawsze najbardziej intrygował go człowiek, z jego bogatym lub ubogim światem wewnętrznych przeżyć i zewnętrznych doświadczeń. A dalej sposób w jaki ten świat objawia się w twarzy i w ciele, w wyborze ubrania i ideałów, w postępowaniu wobec innych i w kształtowaniu bezpośredniego otoczenia.

Pewnie także dlatego, iż od wczesnego dzieciństwa było mu dane obserwować i doznawać na własnej skórze złożoności człowieczych charakterów w pięknym mieście Częstochowie, bastionie wzniosłych idei i symboli, a przecież zamieszkiwanym przez zwykłych ludzi pełnych prozaicznych wad i przeciętnych zalet. Nie czas tu i miejsce na biograficzną heurystykę, ale warto nadmienić fakt, iż już w czasach szkolnych Duda-Gracz tworząc ścienne gazetki malował oblicza wielkich i zasłużonych, Mickiewicza (a jakże), Chopina (już wtedy), nawet Stalina (ach, zobaczyć to dziś!), a później, dla chłopów i robotników na froncie walki z analfabetyzmem, w czasie gdy koleżanka (będąca oczywiście przodowniczką nauki i pracy społecznej) wygłaszała fragmenty jedynie słusznych literackich przypowieści, on przed oczyma ukontentowanej widowni, kredą na tablicy, tworzył ich wyrazistą, plastyczną wersję.

Kolejne lata spędzone w Liceum Technik Plastycznych w rodzinnym mieście, a później już na katowickiej uczelni nie wytępiły dudowego zainteresowania malowaniem ludzi i dla ludzi. W liceum, od swojego pierwszego i najważniejszego mistrza – profesora Edwarda Mesjasza otrzymał bowiem naukę, która pozwoliła mu nie zgubić siebie wśród licznych trendów, nurtów i pędów (w tym owczych). Nauczył mnie najważniejszego: wierności sobie, zawsze i wszędzie. Dał mi w receptę na szczęście bycia wolnym pacykarzem, niezależnym od żadnych metod, sposobów i konwencji, obojętnym na opinie krytyków i artystów, lekceważącym aktualne mody, prądy i kierunki w sztuce. Nauczył mnie raz na zawsze, że jest przede mną tylko jedno zadanie, abym pamiętając kim jestem, codziennie próbował wyrażać siebie i mój świat.

Tymczasem modernistyczna awangarda, z takim impetem startująca w początkach XX wieku, w ciągłym poszukiwaniu postępu i nowości, zaczynała dostawać lekkiej zadyszki, wpędziwszy przy tym artystów na wysoką wieżę z kości słoniowej. A tam, ci którym nie brakowało kontaktu z Ziemią, budowali kolejne piętra nadając im, jakże wdzięczne, nazwy: minimal art, konceptualizm, czy wręcz junk art. Aczkolwiek znaleźli się i tacy, którzy postanowili zejść kilka pięter by sprawdzić, co zgubili po drodze. W ten sposób, wyszperali wyśmiane i zdeptane, przez tłum pędzący na szczyt, pojęcia sprawności warsztatowej, rangi tradycji i twórczego z nią dialogu, znaczenia tematu, narracyjności, a nawet poczucia humoru i dowcipu. To wszystko pozwoliło im ponownie pytać o sens i cel sztuki, a także nabrać dystansu do roli artysty – kapłana Absolutu oraz szacunku do widza, który przestał być wyłącznie pogardzanym filistrem.

– Za ideały gotów jestem oddać życie! – z sąsiedniego pokoju dobiegł strzelisty głos wyrywając mnie z teoretycznych rozważań. Zaniepokojona postanowiłam upewnić się, że nikogo przecież tam nie ma… a jednak: w świetle księżyca, pod oknem, wśród kilku jemu podobnych, stał młodzieniec o wzniosłym wyrazie twarzy, i z wyraźną pogardą patrzał na stojących naprzeciw rozemocjonowanych chłopaków, którzy mocno wymachiwali rękoma z jakimiś … patykami, może to były pędzle… Najbardziej zadziorny wysunął się na czoło.

– Tym razem wyzywam Cię na walkę na obrazy! Dość już tych frazesów, programów, manifestów! Wyzywam Cię na wielkie prawdziwe obrazy, obrazicha, obraziska całą gębą – wrzasnął Miętus (bo to on był, we własnej osobie), a Syfon ze swoimi poplecznikami aż przysiadł na moim łóżku.

– Pokaż, pokaż, a ja też pokażę! – odpowiedział nieco niepewnym głosem, a wszyscy ucichli i spoglądali na niego jak na niespełna rozumu. – Arbitrami będą krytycy!

– Dobra, ale na superarbitra wybieram publiczność! – odparował bezlitośnie Miętus.

O, tym razem bój miał się toczyć na ostre. Obydwa stronnictwa zwierały szeregi, a ja korzystając z chwilowego zamieszania wymknęłam się z pokoju i bardzo dokładnie zamknęłam drzwi.

Wyjątkowo gorąca noc – pomyślałam wracając do komputera. Co my tu mamy… początek, rozwinięcie, zarysowanie kontekstu i przesłanek do kształtowania postawy twórcy, sugestie powiązań konceptualnych… czas na meritum.

Wszelako widz nic jeszcze o tym nie wiedział. Młody, acz ukształtowany artysta po studiach, podjął się więc pracy etatowej w pewnym państwowym, zupełnie nie artystycznym przedsiębiorstwie, by móc utrzymać siebie i niedawno ukonstytuowaną podstawową komórkę społeczną – jak w tych czasach nazywano rodzinę. Dopiero pierwsze wystawy, nagrody i aukcje oraz nieuchronny (z punktu widzenia zbieżności światopoglądowych) kontakt z Kazimierzem Grześkowiakiem i Silną Grupą pod Wezwaniem, a także Jonaszem Koftą, Joanną Kulmową czy Wojciechem Młynarskim pozwoliły mu naprawdę uwierzyć w potęgę swojej wizji sztuki. – Zobaczysz, wyżyjesz z tego – mówili.

Rozpoczął się wpierw skromny, jakby rozpoznawczy, a z roku na rok coraz bardziej triumfalny pochód Jerzego Dudy-Gracza przez galerie, muzea i salony, przez artykuły, audycje i programy do wyobraźni i świadomości Polaków. Zresztą nie tylko, gdyż dzieła mistrza znalazły się w kolekcjach w kilkudziesięciu krajach świata przecząc hardo mniemaniu kontestatorów o tym, iż jedyną wartością tych obrazów jest lokalny, zrozumiały tu i teraz dowcip, a nie waga malarskiej materii i humanistycznych treści.

Tak czy owak sugestywne portrety chorowitych fachowców i powabnych instalatorów, dzielnicowych Wenus i polnych Hamletów, budowlańców z wieży Babel i zgonionych jeźdźców Fuchy, przypadkowych świadków Góry i skwapliwych gwarantów Dołu, a później wiecznych histrionów specyficznie polskich motywów, dialogów i tańców zdominowały dyskurs o twórczości artysty. Ach, ileż było satysfakcji, że wreszcie ktoś, zamiast wciąż pokrzepiać serca, ośmiela się mówić o nas prawdę, ileż radości, że w tak przemyślanej i wirtuozerskiej formie! Ach ileż było krzyku, że tak nie wyglądamy, że zdeformowane, że karykaturalnie wykrzywione te konterfekty naszego morale i naszego charakterku!

By ukoić skołatane nerwy coniektórych widzów, Duda-Gracz oświadczył: moje obrazy są nieustającym, póki żyję, ciągiem autoportretów, które kształtuje teraźniejszość, […] utożsamiam się w nich z mędrkiem i z głupcem, z grubym i z chudym, z humanistą i z bydlakiem, z perłą i śmieciem, bo jestem tym wszystkim naraz, jak każdy, tyle że usiłuję to, co we mnie zmaterializować jakoś i uzewnętrznić. Przypuszczalnie zaś, by ukoić swoje skołatane nerwy, lub może by sprawdzić aktualny stan twarzy po iście gombrowiczowskich gębach, usłużnie mu przez bliźnich przyprawianych, tworzył faktyczne autoportrety. Powstało ich kilkadziesiąt, gdyż pierwszy (zachowany!) namalowany został gdy Jerzy miał lat 11, a ostatni gdy miał ich 61.

Oczywiście nie byłby sobą, gdyby prezentowały one tylko jego wygląd zewnętrzny lub znakomitą zresztą, znajomość ludzkiej anatomii, tych wyjątkowo zawiłych związków mięśni, tłuszczu, kości i ścięgien okrytych skórą. Pisał: początkiem obrazu bywają myśl, idea, słowo, które warunkują jego powstanie i sens. Istota tego co robię mieści się w anegdocie, w dosłowności, w opowiadaniu obrazem. Forma jest tylko środkiem wyrazu, a nie jego celem. A więc tym razem w formie malarskiego autoportretu znowu opowiadał o swoich odczuciach, myślach i ideach. Jakich? Ano, między innymi, o swoim dystansie do gęby „ęą” artysty z dyplomem. Na przykład w Autoportrecie styczniowym z 1972 r. gdzie po prostu dłubie sobie w nosie trzonkiem pędzla trzymanego lewą ręką, z „wykwintnie” wyprostowanym małym palcem, a prawą, mocno przyciskając pod sercem, zaciska kciuk. Za swoje plany? Za swoją sztukę? Za swoich widzów?

Autoportret styczniowy, olej, 1972 r., kolekcja rodzinna, fot. NK

Autoportret styczniowy, olej, 1972 r., kolekcja rodzinna, fot. NK

 

Albo w Autoportrecie z suką z 1985 roku, który można niby uznać, za klasyczny przykład autoportretu w pracowni – ale cóż to za pracownia? Zamiast sztalug porozrzucane patyki, zamiast palety wyduszone tubki farb na podłodze, jakieś zużyte puszki, pojemniki, pudło po materiałach do gruntowania, wypalone pety, a wśród tego bałaganu (żadnego artystycznego nieładu tylko zwykłego bałaganu!) ukochany jamnik Dudy. Właściwie suka. W pięknym i mądrym liście do swojego studenta (wtedy, w 1981 roku – dziś uznanego malarza) Antoniego Kowalskiego pisał: ktoś kiedyś powiedział „sztuka jest zazdrosną suką” o wszystko, o szczęście, dom, rodzinę, święty spokój. Sposób na nią jeden traktować jak sukę tzn. nie dopuścić do zachwiania równowagi.

W bardzo malarskim, powstałym w 1995 roku Autoportrecie z Muzą, pojawia się nawet to uosobione marzenie artystów. W nieokreślonej świetlistej przestrzeni iście dudowa, nieco przyciężka w biodrach i mało lotna nimfa, zwiesza się malarzowi na ramieniu, a w dodatku nie pomaga mu w tworzeniu wiekopomnego dzieła tylko dorabia rogi. Tymczasem on sam, stoi tyłem do widza, skupiony, nieco pochylony, jakby nie spodziewał się, że ktoś może go zobaczyć i gestem pełnym nieporadności małego dziecka próbuje w powietrzu kreślić swoją wizję. Próbuje dosięgnąć pędzlem brązowego jamnika (sukę?!), patrzącego wprost na widza błyszczącymi oczkami.

Autoportret podług Caravaggia, olej, 1974 r., wł. Muzeum Sztuki Łódź, fot. NK

Autoportret podług Caravaggia, olej, 1974 r., wł. Muzeum Sztuki Łódź, fot. NK

 

W Autoportrecie podług Caravaggia z roku 1974, będącym mistrzowską parafrazą barokowego obrazu Amor omnia vincit, wprawdzie nadał swoje rysy postaci młodzieńczego, zwycięskiego Erosa, ale cała scena rozgrywa się we współczesnej, choć dosyć mrocznej łazience. W miejsce anielskich skrzydeł zgrabnie udrapowane pranie wisi za plecami autora, który zamiast zabójczych strzał kupidyna dzierży w ręku łańcuszek spłuczki z napisem LUXUS. Na podłodze anarchia: paleta, młotek, guma do udrażniania kanalizacji, szkicownik, miska, linijka, kij malarski, cymbałki. A jeszcze wkradła się tam czarna, zakapturzona, pokraczna postać, z innej bajki, jakby wprost od Hieronima Boscha, sugerując być może, że nawet w dzisiejszych łazienkach nie wszystko jest takie jasne i proste na jakie wygląda.

Swój świadomy dystans do dyktatury nowoczesności Jerzy Duda-Gracz zaznaczał także w licznych autoportretach graficznych i malarskich ujętych w formie tonda lub nawet trumiennego portretu otoczonego wymyślną kompozycją z instrumentów muzycznych i narzędzi plastycznych lub kiczowatą girlandą z kwiatków, ptaszków, serduszek, podkówek i jelonków – od razu narzucających skojarzenia z ulubioną estetyką: To jest mój świat i z nim się utożsamiam: świat drugorzędności, tandety, kiczu, śmiecia, odpadu.

Ale czasem pozostawiał z tyłu kwestie sztuki i po prostu mówił o sobie, o swoich pragnieniach, bolączkach i tęsknotach. Jak w słynnym, kontrowersyjnym ze względu na wieloznaczność, ale wspaniale namalowanym Ora et colabora, który wg słów malarza traktuje o wierności samemu sobie, wierności aż do granic naiwności i absurdu. O sobie widzianym oczami innych opowiadał też pewnie w ostatnim autoportrecie z 2002 roku, w którym namalował siebie w dalekim, niewyraźnym, bladym odbiciu w telewizorze.

Mówił o powrocie do niekoniecznie szczęśliwej krainy dzieciństwa i o przemijaniu, jak w pięknym Autoportrecie potrójnym z 1986 r. znajdującym się w  zbiorach najstarszej kolekcji portretów własnych artystów w Galerii Uffizzi we Florencji. Podobne wątki pojawiały się w autoportretach ukrytych w serii obrazów jurajskich. Na jednym z nich, nr 1003, autor namalował siebie jako kobietę, lecz nie jak Witkacy, piękną i elegancką, ale w podartych rajstopach, w rozlazłej sukience, z wąsami i w swojej słynnej wełnianej czapce naciśniętej na oczy. Jakby śnił sen o sobie możliwym i niemożliwym, aktualnym i minionym… gdyby był kobietą, może mógłby choć chwycić za rękę tę rudą piękność, o której kiedyś marzył.

Mówił o swoich zmaganiach z wiarą i w kilku kompozycjach religijnych, gdzie przedstawił siebie w konwencji autoportretu in assistenza – jako biernego świadka wielkich wydarzeń, lub czasami jako aktywnego ich uczestnika. Oj, to oburzyło maluczkich. W obrazie Stacji V mocno uwspółcześnionej, jak to zresztą jest w wielowiekowej tradycji tego tematu, Golgoty Jasnogórskiej wpisał siebie w postać Szymona Cyrenejczyka, wg relacji ewangelicznych przypadkowego przechodnia, siłą zmuszonego przez rzymskich żołnierzy do pomocy w niesieniu krzyża, i dopiero po czasie rozumiejącego co się właściwie wydarzyło.

Mówił o swojej trudnej miłości do Polski malując autoportrety z Łagowa, Brzegów, Barlinka, Jedlni… zapomnianych miejscowości z jej dzisiejszych kresów. Mówił wreszcie o tym, że ta miłość nie zawsze jest odwzajemniona, jak na obrazie Kaprys 5 – Autoportret, gdzie wprawdzie ktoś mu wcisnął na głowę reprezentacyjny, błyszczący cylinder, ale też wbił we wrażliwe punkty ciała kilka długich, akupunkturowych szpilek. Tę w okolicach serca przyozdobił biało-czerwoną flagą. Na zdrowie.

Uświadomiłam sobie, że od chwili nieznośny dzwonek telefonu wbija mi się do mózgu niczym szpilka, kto to może być w środku nocy? Zerwałam się by odebrać… uprzedziła mnie jakaś pensjonarka czy może już studentka. Nie zwracając na mnie uwagi, usiadła szybko w fotelu, założyła nogę na nogę eksponując zgrabne łydki i stopy w markowych sandałkach i pogrążyła się w zdawkowej rozmowie: – Tak, wyjeżdżam… tu nie ma czego  szukać … do Irlandii … Konrad też? … i Grażyna? … a Zośka z Tadeuszem? … do Anglii … no widzisz, co robić skoro nie zachwyca … a Ty na co czekasz? … bzdury … po co? … przesadzasz … zostaną Ci tylko nasze fotki … to co, wpadniesz na lotnisko? … no to cześć … pa. Odłożyła telefon i wyszła. Podświetlenie ekranu zgasło.

…co to ja… aa, rozgadałam się o tych wizerunkach własnych, a przecież jeszcze znakomite autoportrety z rodziną…

 

A co się będziemy..., olej, 1974 r., kolekcja rodzinna, fot. NK

A co się będziemy…, olej, 1974 r., kolekcja rodzinna, fot. NK

 

Znakomite autoportrety z rodziną Jerzy Duda-Gracz również traktował jako preteksty do swoich opowieści na przykład o utożsamieniu życia i obrazów, o niepodzielności życia i sztuki, a nawet więcej. W Autoportrecie ślubnym mówiąc o swoim szczęściu nawiązał do naiwnej i romantycznej stylistyki Marca Chagalla, ukazując młodą, zakochaną parę, na ślubnym kobiercu unoszącą się nad jakąś śląską uliczką. Gdy malował obraz pt. A co się będziemy… – autoportret z żoną (1972-74 r.) z lekka ironizował na temat swojej mieszczańskiej stabilizacji, z domową  biblioteką i wysprzątaną pracownią. Poważny, jak dumny ze swej funkcji odźwierny, siedzi w podkoszulku u stóp pięknej, młodej żony, która niczym Demeter – mityczna bogini wszelakiej obfitości czuwa nad domem, swoim królestwem. Jej suknia to istna poezja – błękitna jak letnie niebo z chmurkami przechodzi w zajmującą prawie połowę obrazu, przepyszną (w przenośni i dosłownie) martwą naturę z rozmaitych wiktuałów: napojów, wypieków, owoców, warzyw, przeróżnych mięsiw, serów a nawet ryb. Nieomal magicznie zaklina rzeczywistość.

No i oczywiście, nie sposób tu choćby nie wspomnieć o najbardziej znanym, wieloznacznym i przeanalizowanym na setki sposobów Autoportrecie z rodziną z 1978 r., który niestety zniknął w prywatnych zbiorach, gdzieś w Bazylei**. To nie tyle auto-portret ile auto-wizja. Obraz tyleż wybujałych, co skarlałych pragnień i ambicji przeciętnej rodziny w świecie, który kiedyś był piękny i może nawet miał jakiś sens. Piknik na śmietniku w niegdysiejszym tajemniczym ogrodzie. W niezwykle precyzyjnie skonstruowanej kompozycji autor zawarł całe swoje przemyślenia o peryferyjnej, chyba jednak nie tylko polskiej, estetyce, sztuce i rzeczywistości epoki buntu mas.

JDG, Autoportret z rodziną, olej, 1978-9, wł. Muzeum Historii Katowic, fot. P.Sobański

JDG, Autoportret z rodziną, olej, 1978-9, wł. Muzeum Historii Katowic, fot. P.Sobański

W 1986 roku, mając w swym dorobku wspaniałe autoportrety i portrety, które właśnie miały się złożyć na indywidualną wystawę w ramach Radomskiego Triennale Portretu pisał, jak zwykle krytycznie: Portret traktowałem przez lata dosyć instrumentalnie i raczej marginesowo; raz jako warsztatowe ćwiczenie, innym razem jako studium „do czegoś”, w jeszcze innym – jako przygodę z wizerunkiem kogoś bliskiego. W sumie wszystko wchodziło w skład malarskich doświadczeń, ale uświadamiało cały ogrom niemożności i nieudolności. […] Gdzie nam, z naszą „świadomością plastyczną”, do wizerunków sarmackich, XVIII-wiecznych dworskich konterfektów, do portretów Michałowskiego, Rodakowskiego, Boznańskiej czy Krzyżanowskiego? Mój lament nie jest lamentem epigona, któremu się marzy eklektyczne małpowanie cudzych doświadczeń z minionego czasu. Myślę tylko co się stało z naszymi umiejętnościami i doświadczeniami? Dlaczego wiedząc, że stary portret jest dobry, nie potrafimy dzisiaj namalować jeszcze lepszego i dlaczego wiedząc nawet to, że stary jest zły, potrafimy malować portrety tylko jeszcze gorsze?

Ćwiczenia, studia i przygody? Wydaje się, iż malarzowi udało się przekonać krytyków, by nie interesowali się zbytnio tym rodzajem jego twórczości. Tymczasem to istna kopalnia skarbów! Bo cóż mogłoby być bliższego komuś, kto człowieka stawia w centrum swoich zainteresowań? Czyż to nie ciekawe jak ktoś, kto widzi tak ostro i bezkompromisowo, kto dostrzega w ludziach tyle eksponowanych pozorów i skrywanej prawdy patrzy na osoby bliskie, lubiane, kochane, na te, które ceni lub podziwia? Niestety, jak pisał Gombrowicz: nie twarz, która gębą się stała, lecz gęba, która przenigdy nie zyskała godności twarzy była dla wielu obserwatorów znakiem firmowym Dudy, i już nie chcieli widzieć jak docierał do ludzkiej godności twarzy właśnie, jak zrywał gęby czynione przez życie lub jak bawił się nimi z tak charakterystycznym, groteskowo-serdecznym poczuciem humoru.

Jego twórczość budzi emocje, bo on sam od nich nie stronił, bo zawsze je angażował do swojej pracy. Nie inaczej przecież było w portretach. Jakże pięknie mówił o swojej miłości do żony Wilmy, której nota bene początkową niechęć i uprzedzenie do stereotypu młodego artysty przełamał właśnie dzięki malowanemu z pamięci portretowi. A wspaniały Portret Wilmy  w czerwonej bluzce z 1990 roku należy do jego najlepszych dzieł w ogóle. Fascynująca kolekcja portretów uwielbianej córki Agaty jest niezwykłym dokumentem równoległego rozwoju dziecka i koncepcji malarskich. Jej podobizny powstawały od 1974 roku na każde urodziny, lub częściej, do roku 1995! Od niemowlaka, przez małą dziewczynkę i podlotka do pięknej, dorosłej kobiety o własnym zdaniu i ideałach.

Pewnie właśnie dlatego, iż malował emocjami unikał jak mógł portretów osób, których nie znał bądź nie cenił. Malował rodzinę, przyjaciół, znajomych, a także ludzi, jego zdaniem, ważnych dla Polski i tak jak on sławiących ją swoją artystyczną bądź naukową działalnością – choć wybór był tu dosyć przypadkowy i nie ukierunkowany na stworzenie pocztu bohaterów. Są wśród nich między innymi: malarze: Rafał Pomorski, Adam Hoffmann, Kiejstut Bereźnicki; naukowcy: Karol Estreicher, Tadeusz Sławek, Wojciech Noszczyk, kompozytor Wojciech Kilar, tenor i kolekcjoner Wiesław Ochman, satyrycy Kazimierz Grześkowiak, Jonasz Kofta, Olga Lipińska; aktorzy – Kazimierz Rudzki, Jan Świderski, Aleksandra Śląska; publicyści – Jerzy Waldorff, Szymon Kobyliński, Daniel Passent; a nawet ludzie kościoła jak abp. Damian Zimoń.

Ponieważ jednak wiele z osób malowanych przez Dudę-Gracza żyje i ma się świetnie, zajmując mniej lub bardziej eksponowane pozycje, aby uniknąć podejrzeń o uprawianie plotkarstwa skupimy się teraz na kwestiach formalnych prezentowanych dzieł. Nie będziemy tu analizować zakamarków duszy słynnej aktorki, ani problemów z tuszą nie mniej słynnego rysownika-prześmiewcy. Przyjmijmy wręcz, że nazwiska i imiona są po prostu nazwami obrazów i znaczą tyle mniej więcej co pozostałe tytuły jak np. Bulion o zmierzchu we wsi Kamion (1166/1987) lub Tercet sługi Doroty, Fakturalnej Namiętności i Pianina z Włóczką (1493/1992).

Jerzego Dudy-Gracza ćwiczenia, studia i przygody z portretem toczyły się równolegle do głównego nurtu twórczości więc obfitują w ślady tych samych dążeń, poszukiwań i eksperymentów formalnych, a także zbliżonych refleksji i poglądów. Analogicznie wychodzą od struktur graficznych, płaskich i linearnych, od zamkniętych i kaligraficznie dopracowanych kompozycji do form coraz bardziej malarskich, niejasnych, otwartych, o których Mistrz pisał: w ostatnich latach, kiedy ledwo naszkicuję obraz, gdy tylko pojawi się i odrobinę zmaterializuje jego idea – kończę pracę, bo zależy mi, żeby wyglądał jak duch, jak cień, jak szept. (Tyle dzisiaj krzyku w sztuce.) Podobna jest także ich świadomie ograniczana, stonowana acz wyrafinowana kolorystyka, rozjaśniająca się w miarę upływu czasu, z niezwykle rzadkimi i przemyślanymi akcentami mocnego koloru. I najbardziej może charakterystyczne: lekkie i finezyjne nakładanie farby, z obrazu na obraz coraz bardziej jakby akwarelowe, z pięknym wykorzystaniem laserunków, przecierania i przeświecania biało zagruntowanej powierzchni. Powierzchni, którą najczęściej są dykty i tektury, ze względu na swoją sztywność i gładkość. Zresztą podziwiana przez malarza, wielka portrecistka Olga Boznańska również często wybierała właśnie te, pozornie bezwartościowe materiały i w dodatku czasem pozwalała ich materii zaistnieć w ramach kompozycji.

…uff… ale docisnęłam syntezą…ciężko się czyta…może by tak coś…

– Moje dziecko jak ty wyglądasz nie chłodno ci znowu schudłaś na pewno nic nie jadłaś może ciasteczko nalać Ci herbatki za dużo pracujesz a może mleczka z miodkiem… – moja kulturalna ciocia wkroczyła do pokoju z półmiskiem i filiżankami. –…zjedz ciasteczko widziałaś ostatnio w kawie i herbacie mówiła jedna pani pisarka czemu nic nie jesz o wystawie takiego malarza zapomniałam nazwiska co to takie okropne grube baby maluje… – ciastko stanęło mi w gardle. – …ale ty się chyba tym nie zajmujesz czemu nie jesz jeszcze ci upiekę taka pisarka to piękne książki pisze zakrztusiłaś się jak zwykle rączki do góry ciocia poklepie a czy ty mogłabyś tak pisać może byś wreszcie coś zarobiła napij się herbatki a co to za książka czy historykowi sztuki wolno być literatem jan białoo o o pokruszyłaś się o tu tu…

No to pupa. Całe szczęście ciocia wyszła po drugą porcję ciastek.

Muszę kończyć bo już świta.

A przywołani już Sarmaci, a Michałowski, Rodakowski i Krzyżanowski? Dla Dudy-Gracza historia sztuki nie była martwym zbiorem przeszłości lecz skarbnicą motywów, form i technik, z których można i należy świadomie korzystać, by w dialogu lub dyskusji z tradycją odnaleźć swoje w niej miejsce. Czasem, jak w Autoportrecie z rodziną z 1975 r. nie tylko sielankowy nastrój, układ postaci, ale i autor jako Mezzetino – zakochany sługa z commedii dell’arte, są znaczącym i dowcipnym cytatem z kilku obrazów Antoina Watteau. Innym razem parafraza słynnego dzieła Władysława Podkowińskiego, pozwoliła malarzowi zasugerować wyjątkową ekspresję aktorki Teatru Witkacego, Doroty Ficoń w portrecie Szał mniemany sfumato i starego pensjonatu (1992r.) Swobodnie potraktowany schemat kompozycyjny XVI-wiecznych, północnoeuropejskich portretów rzemieślników w pracowni, posłużył do przedstawienia Wiesława Lange – wybitnego scenografa Teatru Śląskiego. Włoski renesans stał się bazą żartobliwego, nawiązującego do przedstawień Madonny z Dzieciątkiem portretu państwa Kubarków oraz nastrojowego, profilowego portretu Heleny Zadrejko w lirycznym polskim pejzażu. Ciekawą, bardzo współczesną dyskusją ze staropolską formą narracyjnych epitafiów żałobnych, prezentujących zasługi i osiągnięcia zmarłego jest cykl Epitafia malowany w latach 1979-80. Echa portretów Boznańskiej, czy rodziny Oderfeldów Pankiewicza pojawiły się w kilku obrazach z początku lat 80-tych m.in. Portrecie Wilmy, podobiznach malarki Sabiny Lonty, pianisty Tadeusza Żmudzińskiego, czy niesamowitym Portrecie Matki. W kompozycji poświęconej pamięci Tadeusza Kantora, poza przejmującym wizerunkiem artysty znajduje się stylistyczne nawiązanie do estetyki jego teatru.

Kaprys polski – Tadeuszowi Kantorowi, olej, 1991 r., kolekcja rodzinna, fot. NK

Kaprys polski – Tadeuszowi Kantorowi, olej, 1991 r., kolekcja rodzinna, fot. NK

 

Jak to się dzieje, że wszystkie te cytaty i reminiscencje nie pozbawiają obrazów rozpoznawalnego charakteru kompozycji Dudy-Gracza sprawia chyba tylko jego niezaprzeczalny talent, nadrzędna wierność sobie i swoisty sposób widzenia spraw, ludzi i przedmiotów. Ten swoisty sposób to również poczucie humoru występujące zwłaszcza we wczesnych portretach ludzi teatru, estrady i satyryków, m.in. w cyklu rysunków nawiązujących do audycji Jonasza Kofty i Stefana Friedmana pt. Fachowcy czy np. w portrecie Kazimierza Grześkowiaka pt. Roboki – z plastyczną interpretacją słynnej melorecytacji o tym dopuście bożym lub w Cudownej Adoracji Św. Cicibora ku chwale Silnej Grupy pod Wezwaniem. Ale tak dzieje się również w portretach ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z zawodowym uprawianiem chichotu np. w świetnym portrecie malarki i galerzystki Doroty Kabiesz, nieco szalonym konterfekcie znakomitego krytyka sztuki Andrzeja Matyni, a nawet w uroczym, serdecznym poplenerowym portrecie kuratora zbiorów jasnogórskich Ojca Jana Golonki, który srogo nastawa na dyabelską ignorancyę i obojętność dla sztuki w bliźnim swoim, którego bardzo miłuje – jak stwierdzono w dedykacji.

Ponadto, jak pisał Jerzy Duda-Gracz: Malowanie obrazów może pełnić (poza artystyczną oczywiście) funkcję ideową, społeczną, dydaktyczną etc., której rezultaty dają wizualne wyobrażenie czegoś więcej niż malarskiego rozwiązywania płaszczyzny. Musi być tylko spełniony ten podstawowy warunek, że ma się coś swojego i istotnego do powiedzenia, wtedy z pewnością formalne rozstrzygnięcie nie tylko się znajdzie, ale może się zdarzyć, że będzie rozstrzygnięciem formalnie nowym.

 

I koniec i bomba

A kto nie widział, ten trąba.

Natalia Kruszyna

 

P.S.

Cytowane wypowiedzi Jerzego Dudy-Gracza pochodzą z opublikowanych wywiadów i tekstów własnych artysty.

Cytowane fragmenty powieści Ferdydurke Witolda Gombrowicza pochodzą z książki wydanej przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie w 1987 r.

Przypisy:

*) Wystawa „Gęby. Jerzy Duda-Gracz. Portrety i autoportrety” w Muzeum Historii Katowic w 2007 r., kurator Natalia Kruszyna, aranżacja Jolanta Barnaś; fot. Piotr Sobański i Natalia Kruszyna.

Wystawa dzięki niemal sześćdziesięciu pracom malarza prezentowała pełny przekrój jego mało znanej twórczości portretowej. Przedstawiała konterfekty ludzi znanych i nieznanych, żartobliwe i bardzo oficjalne, szkicowe i precyzyjnie dopracowane, duże i małe, kolorowe i monochromatyczne, hity i odkrycia z domowych i muzealnych magazynów, wybrane z całego okresu twórczości artysty. Od Portretu rodziców z czasów licealnych, przez portret, którym Duda oczarował swą przyszłą żonę, podobizny rodziny, przyjaciół i znajomych, wybitnych artystów i naukowców (m.in. Olgi Lipińskiej, Aleksandry Śląskiej, Kazimierza Rudzkiego, Wiesława Ochmana, Tadeusza Kantora, Wojciecha Kilara, Tadeusza Sławka, abpa Damiana Zimonia) aż po niezwykłą kolekcję autoportretów opowiadających historie dudowych fascynacji artystycznych, a czasem osobistych kolei losu. Wystawie towarzyszył obszerny katalog z kilkudziesięcioma reprodukcjami i wstępem kuratora wystawy Natalii Kruszyny. Wystawa została przygotowana w Muzeum Historii Katowic we współpracy z Fundacją Conspero z Krakowa w 2007 r.

**) Autoportret z rodziną znajdował się w Bazylei w czasach powstawania tekstu. Dziś, szczęśliwie już w zbiorach Muzeum Historii Katowic.

O autorce

NATALIA KRUSZYNA

Historyk sztuki i aktorka, nierzadko łącząca swoje pasje. Z werwą prowadzi popularne wykłady o sztuce, organizuje wystawy, pisze o plastyce tak, by dotrzeć do wrażliwości czytelnika, uważając za swą powinność bycie tłumaczem, a nie prawodawcą.

Strona autorki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Simple Share Buttons
Simple Share Buttons

Zapisz się do naszego newslettera

FreshMail.pl